Czerwca szał…

Kilka moich urlopowych dni w czerwcu minęło mi bardzo intensywnie. Teoretycznie planowałam odrobić zaległości w blogu, ale… zabrakło mi czasu.

Pierwszego czerwca pojechałam z grupą przedszkolną Irenki na wycieczkę do zamku, dzieciaki oglądały różne rekwizyty służące do codziennych czynności z odległych czasów, dowiedziały się też wielu ciekawostek o największym naszym astronomie.

W przedszkolu dzieci dostały koła do pływania z okazji Dnia Dziecka.

Drugiego czerwca pojechałam z grupa Irenki na Paradę Bajek. Nasze przedszkolne Żabki tak spodobały się organizatorom, że dzieciaki szły na przodzie korowodu, Irenka w pierwszej parze niosła nasz transparent.

Pogoda była trochę kapryśna, niby słonecznie, ale wiało. Tyle, że impreza rozpoczęła się z ogromnym poślizgiem, ponad godzinę później pochód wyszedł, niż zakładano, zanim doszliśmy do parku- dzieciaki były zmęczone i głodne. Podobno była zupa dla dzieci, ale… kucharz powiedział, że musi mieć „zgodę pani Marii” na wydawanie zup, tymczasem pani Maria nie chciała naszego występu przesunąć na początek, bo „przecież dzieciaki mogą zjeść”. Powiedziałam, że kucharz zupy nie chce dać, to usłyszałam tylko od jakiejś pani obok, że zupa będzie później. Zawinęliśmy się więc bez występów, odebraliśmy tylko puchar i bez zupy pojechaliśmy do przedszkola. Niektóre dzieci rodzice odbierali już po drodze. W kolejnych dniach pojawiło się dużo zdjęć na temat parady bajek w gazetach, zebrałam linki i puściłam rodzicom innych dzieci.

Jeszcze tego samego dnia pojechałam do moich Rodziców z Irenką, nocowałyśmy tam, Irenka była szczęśliwa, że mogła się zobaczyć z Dziadkami.

Wróciłyśmy trzeciego czerwca, a dzień później poszliśmy na piknik z mojej pracy. Irenka wrobiła mnie w sprawnościowe domki. Ona tylko po nich fruwała, z Izą biegały jak sarenki,  ja w pewnym momencie miałam problem, czy cofnąć się, czy przełamać się i iść do przodu, jedna ze ścieżek wydawała się nie do przejścia dla mnie. Byłam już prawie przy końcu, a właściwie początku, bo nie w tą stronę poszłam. Spojrzałam na dzieciaki i pozazdrościłam im tego braku lęku, braku świadomości, że coś się może stać. Przełamałam się i udało mi się wyjść z domków. Drugi raz raczej tam już nie wejdę.

Szóstego czerwca pojechałam z grupą Irenki na wycieczkę do remizy strażackiej. Dzieci oglądały sprzęt, jeden ze strażaków oprowadzał wycieczkę i wszystko dokładnie opowiadał. Dzieci zadawały mnóstwo pytań, na każde dostały wyczerpującą odpowiedź.

Dzień później byłam na przedstawieniu o szarym domku. Dzieci z dwóch grup zrobiły razem przedstawienie, które odegrały dwa razy- jednego dnia dla pozostałych grup w przedszkolu, a drugiego dnia dla rodziców. Zdjęć prawie nie robiłam, tylko przedstawienie w całości nagrałam, ale w niskiej rozdzielczości, nadal miałam stary telefon i ciągle brakowało mi na nim pamięci.

Irenka nie grała jakiejś ważnej postaci, ale była tak przejęta, jakby sama na scenie coś mówiła- poczułam się z Niej bardzo dumna.

W piątek po pracy pobiegłam na piknik rodzinny w przedszkolu, połowa imprezy mnie ominęła, ale udało mi się wziąć udział w jednej konkurencji dla rodziców z dziećmi, zjadłam też kiełbaskę, Irenka była szczęśliwa, że jesteśmy z Mężem na pikniku oboje.

Wieczorem obejrzeliśmy jakiś film, starałam się nie wygadać o niespodziance.

W sobotę rano zaskoczyłam Męża niespodzianką- udało mi się załatwić wolne w pracy, choć w zasadzie miałam trochę obiekcji, że tak z dnia na dzień dezorganizuję czyjąś pracę, na szczęście znalazło się zastępstwo.

Dzięki wolnemu u mnie w pracy, pojechaliśmy we trójkę razem na piknik w pracy Męża. Byliśmy na ogłoszeniu wyników konkursu plastycznego. Trzy grupy wiekowe, po trzy miejsca w każdej plus nagroda publiczności- dziesięć nagród na sto dziewięć zgłoszeń, w grupie wiekowej Irenki zgłoszeń było najwięcej. Irenka zajęła trzecie miejsce!!! Dostała klocki lego i… lalkę Roszpunkę, aż się roześmiałam, bo kupiłam Jej Roszpunkę na Dzień Dziecka, tylko inną. Prace były wywieszone w namiocie. Przy okazji zobaczyliśmy też „rysunek” koleżanki z grupy przedszkolnej Irenki. Gdy był termin wysyłania zgłoszeń- rozmawiałam z Jej mamą, nauczycielka- a tymczasem sama narysowała za dziecko pracę i zgłosiła do konkursu. A gdzie tu etyka zawodu? Maturę też za dziecko napisze? Od dziecka dziewczynka poznaje cwaniactwo. Komisja nie dała się nabrać na to, że pięciolatka sama narysowała trójwymiarowe litery i postać Bibenduma. Nic nie wygrała, straciła szansę na nagrodę, bo matka nie wierzyła w Nią. Tymczasem Irenkę wywołano na scenę, duma mnie rozparła… Ktoś docenił Jej rysunki!

Irence podobała się karuzela, pojechaliśmy też autokarem na wycieczkę po fabryce, porobiliśmy sobie zdjęcia w prawdziwym aucie rajdowym, potem Irenka z innymi dziećmi wrzuciła swoje rysunki do kapsuły czasu.

Zjedliśmy ciepły posiłek i schowaliśmy się pod daszek, deszcz popadał. A gdy wyszło znów słońce- spotkaliśmy inną koleżankę z Irenki grupy i Jej rodziców. Do końca imprezy chodziliśmy już wszędzie razem, dziewczynki bawiły się na autkach, mężczyźni weszli do obrotowego auta- symulatora dachowania. Potem jeszcze dziewczynki poszły rysować, a my mieliśmy trochę czasu na pogawędki. To był dzień wrażeń, Irenka aż temperatury na wieczór dostała, złożyłam Jej klocki, spała z nami, na drugi dzień znów była jak nowo narodzona, no i szczęśliwa!

Dwunastego czerwca zawiozłam Irenkę do przedszkola, pojechałam po zakupy do swojego marketu, a gdy obładowana siatami wracałam do domu- znalazłam ranną kawkę. Dzwoniłam do schroniska, do straży miejskiej, dowiedziałam się, że schronisko zwierząt z miasta nie odbiera, jest firma, która to robi, ale w innej miejscowości, udało mi się zorganizować opiekę dla ptaka zanim ktoś po niego przyjedzie w ciągu dnia, ale przez ponad dwie godziny pilnowałam kawki, żeby sobie gdzieś pod samochód nie weszła. Wyglądała jakby ktoś ją wyskubał, cała głowa łysa, szyja. Nawoływała stare ptaki, one jej odpowiadały. Pomogłam ją złapać, ale bałam się sama wziąć ją do ręki, parę lat temu gołębia łapałam, a potem z wrażenia narobił w karton i padł. Nie znam się na ptakach i wolałam krzywdy kawce nie robić niewłaściwym zachowaniem.

Na plac zabaw w zasadzie przestałam z Irenką chodzić. Któregoś dnia poszłyśmy do piaskownicy, zdążyłam usiąść i… dostałam piłką nożną w twarz, całe szczęście, że ja, bo usiadłam na linii lotu piłki w stronę Irenki. Na szczęście miałam jakieś warzywka w zamrażarce, bo miałabym siniaka na pół twarzy, nos mnie też bolał. Od kiedy mieszkańcy innego bloku pogonili dzieciaki z piłką, bo podobno w samochody piłka leciała- przenieśli się na plac zabaw, pomimo zakazu gry w piłkę na tablicy, a że placyk jest mały, to i nieraz ta piłka leciała w kierunku małych dzieci. Już kiedyś przy nas chłopiec dostał piłką w nos, aż krwią się zalał, a matki nigdzie nie było, bo poszła na zakupy. Tym razem ja dostałam w twarz. Zniechęciłam się do placu zabaw, zaczęłam Irenkę zabierać na zakupy, chodzić z Nią na spacery, a Mąż mój zaczął robić Irence treningi na rowerku.

Irence się Smart bardzo spodobał, przypomniała sobie film o rosyjskiej małej dziewczynce, która po kolei nazywa marki samochodów na spacerze. Na rowerku również zaczęła sama pedałować, już przestała wygodnie siedzieć, gdy Tata pchał rowerek.

Któregoś dnia kupiłam Jej małą laleczkę muffinkę, tak Jej się spodobała, że na drugi dzień pojechałyśmy znów i za swoje monetki dokupiła jeszcze dwie laleczki. W sumie to ma teraz trzy duże i trzy małe lalki. A złote monetki, czyli grosze Irenka zbiera od nowa, złotówka może Jej została.

Wyrosły nam kwiaty na balkonie, oczywiście zaraz potem zaczęła się walka z robalami, bo jak co roku znów mamy mszycę, co rok kolejne pomysły wykorzystujemy na walkę z robactwem.

Tymczasem Irence wymyśliliśmy domek z suszarki i koca, zaczęła się w wolnym czasie instalować z zabawkami na balkonie.

Mąż kupił sobie nową maszynkę do strzyżenia, bo poprzednia odmówiła posłuszeństwa po kilkunastu latach, a ja wyhaczyłam nowe lustro u nas w markecie. Na razie wisi wysoko, po poprzednim lustrze, które Mąż wyniósł na działkę, ale w czasie urlopu będzie malował przedpokój, to niżej lustro powiesi.

Kupiłam proszek z promocyjnym Surfem, Irence tak się spodobał pluszak, że teraz opiekuje się nim jak dzidzią, tymczasem w przedszkolu odbyło się uroczyste zakończenie roku przedszkolnego, dzieciaki dostały „tatuaże” na ręce, Irenka powiedziała, że nie będzie ręki myła…

Już od połowy maja bateria w starym telefonie zaczęła mi się szybko rozładowywać. Bywało, że zabierałam ze sobą starszy telefon, który ma teraz do bajek Irenka- żeby mieć awaryjnie drugą baterię do swojego telefonu. W końcu odpuściłam. Po czterech i pół miesiąca przeszłam na nowy telefon. Dokupiłam mu kartę pamięci, zainstalowałam na obu aplikację do przerzucenia smsów i historii połączeń, przegrałam co mogłam na nowy telefon i zaczęłam się przyzwyczajać do nowości. Łatwo nie było, pierwsze zdjęcia były niewyraźne, telefon był zbyt wielki i zbyt ciężki, ręka musiała się przyzwyczaić. Ale udało się. Stary oddam chyba Mamie do nauki, bo Ona ma jeszcze klawiszowy. Na sprzedaż nie pójdzie, bo rozładowuje się z byle powodu, nawet na baterii od innego telefonu, który na tej samej baterii działa bez zarzutu.

Na przełomie maja i czerwca kupiłam nowy dysk. Wybrałam stary rodzaj dysku, czyli ata, bo do sata musiałabym przejściówkę albo nowy zasilacz kupić. Wyszłoby pewnie taniej, ale gorzej byłoby z przełączaniem dysków przy jednym ata a drugim sata. Stary dysk godnie z założeniami z końca kwietnia- po poleżeniu przez miesiąc na półce i ponownym podłączeniu- pokazał znów partycje i wszystkie dane. Odzyskaliśmy wszystkie zdjęcia- gdyby się nie udało, to stracilibyśmy dane z około dwóch lat. Stary dysk opisałam jako znikający, odłożyłam na półkę, natomiast na razie dwa dyski zamiennie przełączam. Na nowym wrzuciłam wszystkie dane, zdjęcia, muzykę, wgrałam gry, więcej programów, postawiłam świeżutki system, ale coś jeszcze nowy dysk się nie ułożył, po dwóch, trzech godzinach zamyśla się i grzeje, ale tak to bywa z nowymi dyskami po świeżym rozdziale partycji. Do internetu przełączam na poawaryjny dysk i wtedy mi śmiga Mozilla. Prawie tak szybko mi śmiga jak czerwiec śmignął… Tyle było wrażeń i zdarzeń… A w lipcu urlop, aby tylko pogoda dopisała na cały czas urlopu!

Maju, maju…

Kwiatki Irenki w sumie jeszcze dwa razy sadziliśmy, za każdym razem wyrastały, a potem gniły. „Magiczna doniczka” ze sznurkiem wsadzonym w drugą doniczkę raczej nie nadaje się do sadzenia tego rodzaju kwiatków, może jest jakiś gatunek kwiatów, który lubi stałą wilgoć, nie wiem. Po trzecich spleśniałych kwiatkach odpuściliśmy sobie i wszystko poszło do kosza. To była namezja albo nemezja, spotkałam się z dwoma nazwami tego samego kwiatka.

Początek maja nie był ciepły, nawet na balkon Irenka zakładała czapkę. Ja nadal chodziłam w glanach. Dziesiątego maja to już w ogóle było przegięcie, ponieważ… spadł śnieg! Śmieszne to było, dmuchawce latawce w śniegu… Szłyśmy do przedszkola i sypało. Maj, a trzeba było chodzić w kurtkach, czapkach i zimowych butach.

Pojawiły się nowe steekezy, tym razem smerfy, w sumie doszło nam aż pięć, ale po dwa Ważniaki i Poeci, Irenka zamieniła się w przedszkolu na Smerfetkę. Szał na smerfy zapanował wszędzie, nawet na ulubionych serkach pojawiły się naklejki. Wszystkie oczywiście trafiły na ścianę z naklejkami. Nie doczekałam się Trolli z Chin pomimo reklamacji. Zamówiłam przez naszą stronę handlową maskotki, dotarły w ciągu czterdziestu ośmiu godzin.

W połowie maja pojechałam z grupą przedszkolną Irenki na wycieczkę do Auchan. Dzieci miały okazję zwiedzić cały market, obeszły biura, księgowość, przyjęcie towaru, kasowały także towar na kasie, a potem udały się na poczęstunek. Na pożegnanie dostały prezenty, m.in. śliczne wiatraki, bańki. Wracaliśmy tramwajem. Wycieczka trochę się opóźniła, bo jeden tramwaj do Auchan odpuściliśmy sobie z powodu ogromnej ilości studentów jadących na paradę z okazji święta studentów. Dzień był pełen wrażeń. Podobno jedenaścioro dzieci między zupą a obiadem zasnęło na tzw. spokojnej medytacji, czyli przy słuchaniu muzyki. Były bardzo zaaferowane wycieczką.

Mąż w tym czasie również miał wolne, ale nie zgłosił się na wycieczkę, siedział w domu z Milką. Zrobiła się bardzo przytulaśna i wymagająca uwagi.

W tym samym tygodniu brałam udział w akcji zbierania danych potencjalnych dawców szpiku i komórek macierzystych z ramienia fundacji DKMS. Mąż z Irenką przyszli mnie odwiedzić.

Dwudziestego pierwszego maja były Pierwsze Komunie Święte Lesia, młodszego syna Siostry Męża oraz Patryka, brata Zuzi, naszej Chrześniaczki. Patryk jest rok młodszy od Leszka, ale musiał iść do szkoły rok wcześniej ze względu na nieistniejącą już reformę o sześciolatkach. Z powodu reformy Komunie przesunięto do klasy trzeciej i trafiło się, że Leszek podszedł do Komunii w parafii w naszym mieście mając lat dziesięć, a Patryk w parafii w innej miejscowości mając lat dziewięć- inny wiek, inna miejscowość, ta sama data i prawie ta sama godzina. W Kościele więc byliśmy u Leszka, także na obiedzie, spotkaliśmy się też z dalszą, dawno niewidzianą rodziną, a do mojej przyjaciółki, czyli do Patryka i Zuzi, pojechaliśmy pociągiem do ich nowego domu na wsi. Domek śliczny, okolica cudna, ale… nie wyobrażam sobie ciągłego dojeżdżania do pracy, dowożenia dzieci do szkoły w innej miejscowości, powrotów nocą przez las- pochodzę ze wsi, dużej wprawdzie, ale nie ma tam szkoły średniej, dojeżdżałam cztery lata do liceum i zawsze zazdrościłam miejscowym, że kończą lekcje i góra dwadzieścia minut później jedzą zimą ciepły obiad, a ja koczowałam na dworcu, bo nieraz przez trzy godziny autobusy nie chciały nas zabierać na bilet miesięczny- „za dwadzieścia minut macie następny kurs, a ja mam komplet”, i tak każdy kolejny kierowca- obiecałam sobie kiedyś, że moje dzieci dojeżdżać do innej miejscowości nie będą. Mieszkamy więc w mieście, ale na obrzeżach, wszędzie można dojechać autobusem i tramwajem. A do lasu nawet kilometra nie mamy.

A wracając do obu Komunii- dzień był cudny, imprezy fajne, Irenka szczęśliwa, a od rodziny dostała mazaki i maskotkę ze słodyczami. Mam tylko nadzieję, że za cztery lata Irenka z Zuzią nie będą miały Komunii w tym samym dniu…

Zgłosiliśmy dwie prace Irenki na konkurs plastyczny w pracy Męża, tytuł brzmiał „Fabryka przyszłości”, koledzy Męża żartowali sobie, że na jednej z prac widać mistrza i roboli-niewolników. Prace może nie były jakieś wybitne, ale bardzo mi się spodobały, Irenka ma fajne pomysły i nie potrzebuje dużo czasu, żeby coś wymyślić. Jakąś formę wyobraźni ma zresztą pewnie po nas, oboje zawsze lubiliśmy rysować, Mąż teraz lubi przerabiać zdjęcia, kiedyś rysował samochody, najpierw w zeszytach, potem w Paincie, ja kiedyś miałam swoje wzorki, całą meblościankę potrafiłam wytapetować wzorkami, rysowałam też zwierzęta.

Mąż odebrał również opaski na piknik w swojej pracy.

 

Pod koniec maja Milka źle się poczuła, wymiotowała cały dzień, nic nie jadła. Kolejny dzień przeleżała, bałam się, że jak wrócę z pracy, to już nie będzie Jej, nie mruczała, nie miauczała, pysk tylko otwierała, jak coś chciała.  Jak Ją położyłam na kocu, to tak cały dzień leżała, chwilami oglądała telewizję, oczy Jej tak rozumnie po ekranie wędrowały, jakby wiedziała, o czym jest dany program. Po dwóch dniach doszła do siebie. Zaczęła biegać, odetchnęłam, ma już przecież dziewięć i pół roku… Luniek miał tylko dziesięć, ale matka Milki miała czternaście, też jakoś niedawno odeszła. I Maciek odszedł u mojej przyjaciółki, miał niewiele, z pięć lat, Iza widziała zakopywanie Maćka tak, jak Irenka widziała zakopywanie Luńka. Milki czas jednak nie nadszedł jeszcze.

Irenka wzięła też udział w konkursie plastycznym w mojej pracy, narysowała piękną laurkę dla mnie, dostała za to fajny zestaw różności do malowania, super nagroda!

Na Dzień Matki mojej Teściowej kupiłam kwiatka w doniczce, a mojej Mamie zestaw kosmetyków z wanną, którą Irenka zagospodarowała od razu dla lalek, oczywiście za telefoniczną zgodą Babci.

W ciepły dzień, wracając z przedszkola, wybrałyśmy się kiedyś pod fontannę.

Byliśmy też na warsztatach z okazji Dnia Mamy i Taty w przedszkolu, dzieci tańczyły, śpiewały, robiły przedstawienie latarkami na kocu- fajnie było.

Tymczasem zaczęłam chodzić przez inną dzielnicę na skróty z przedszkola do marketu. Jak jest ciepło, przyjemnie jest się przejść przez mały lasek, czasami widzę sarenki, a jestem spacerkiem w kilkanaście minut, tymczasem dojście do i jazda tramwajem to nierzadko dwa razy tyle czasu. Ale to oczywiście tylko spacery na lato, zimą nie wyobrażam sobie przechodzenia przez zaspy, żadna to rekreacja.

Milka wróciła do spania wśród zabawek, a my powiększyliśmy kolekcję na Dzień Dziecka. Irence prezent daliśmy już ostatniego dnia maja, były to słodycze, gumeczki, lalka muffinka, lalka Evi księżniczka oraz lalka Roszpunka typu Barbie, ze zginanymi rękami, nogami, nawet nadgarstki miała ruchome. Z chińskiego Alicośtam dotarły w ciągu dwóch tygodni klocki kompatybilne z lego, figurki czterech postaci z Klubu Myszki Miki.

Ostatnie dni maja to również początek mojego dziewięciodniowego wolnego. Pogoda również mi dopisała.

Kwiecień świątecznie…

Na początku kwietnia wybraliśmy się na spacer pod zamek, Irenka chciała zobaczyć pawia, ale po prostu pochodziliśmy sobie po parku, potem Mąż pojechał do pracy, a ja z Irenką poszłyśmy do parku największego, trochę czasu tam spędziłyśmy, pogoda dopisała, pomimo zimnego wiatru. Deszcz się nie pokazał.

Któregoś dnia Irenka wyciągnęła swoje tablice do rysowania, zobaczyła napis „dupa”, Mąż się kiedyś bawił, z miesiąc wcześniej i zamiast zmyć z powrotem napis- schował tablice do pudełka. Irenka przeliterowała napis, połączyła litery w słowo, a Mąż patrzył na to wszystko zaskoczony i zszokowany. Jak zobaczyłam Jego minę i usłyszałam Irenki śmiech po przeczytaniu słowa na głos- też się roześmiałam i powiedziałam do Męża, że zapomniałam Mu powiedzieć, że Irenka tego dnia nauczyła się litery „U” i teraz On musi uważać, co pisze na Irenki tablicach…

Milka wybrała sobie ulubione miejsce na plecaku obok domku dla lalek, kiedyś Mąż na chwilę tam plecak położył, jak wyjmował rzeczy z przedszkola- i już tam został dla Milki, Ona lubi plecak i jego materiał, który grzeje.

Do Irenki ubrań doszło trochę rzeczy z Miniusią, nadal fascynowała się domkiem z mebelkami dla księżniczek Dodo, Rere i Mimi, dokupiłam też kolejne kucyki do kucykowego domku, a na ścianie doszły różne naklejki.

Doszły Irence nowe kwiatki zamiast tych wiosennych- tym razem kaktusiki, pod koniec miesiąca przypadkiem dowiedziałam się, że kwiatki na nich są sztucznie przyklejone… Kupiłam trochę książek na wyprzedaży, także figurki baranków, gumowe robale… A tymczasem zima do nas wróciła, jechałam do przedszkola wystrojonego już na Święta, gdy grad spadł, aż biało się zrobiło…

Zmieniłam wodę rybkom na Święta, ze cztery sztuki zostały, takie jakieś mizerne, niemrawe…

Zbliżały się Święta, na śniadanie wielkanocne zostaliśmy zaproszeni do Siostry Męża, przy okazji Chrześniak Męża obchodził urodziny z początku kwietnia. W Wielki Piątek Mąż z Irenką pomalowali jajka, w Wielką Sobotę poszliśmy ze święconką do Kościoła. Potem poszłam do pracy, a gdy wróciłam i miałam robić sałatkę- dowiedziałam się, że komputer się zepsuł na Święta… Super… A segregując zdjęcia na płyty do rodziny przygotowałam sobie zdjęcia do bloga, żeby po Świętach odrobić zaległości z czterech miesięcy, nie zdążyłam jednak zabrać folderu z pulpitu… Przepięłam tylko stary dysk, ledwo działający, żeby internet mieć, mamy taki poawaryjny dysk bez prawie żadnych danych i bez gier, który wraca do łask zawsze, gdy coś się zepsuje.

Święta spędziliśmy rodzinnie, najpierw u Siostry Męża z Teściami, potem pojechaliśmy do moich Rodziców, tam Irenka szukała gniazdka z kolejnymi słodyczami, nam w domu „zajączek przyniósł” maskotki miniusiowate i lalkę muffinkę.

Po Świętach znalazłam czas na komputer, okazało się, że partycja z systemem straciła literę, a gdy literę przywróciłam, to pokazało, że partycja jest pusta. Postawiłam od nowa system, sformatowałam również partycję z programami i grami, wszystko wgrałam od nowa. Dwa dni po trochu to robiłam. Skończyłam, wyłączyłam komputer. na drugi dzień znów nie odpalił… Tym razem wszystko poszło… zniknęły partycje ze zdjęciami, muzyką, wszystko… Przypomniałam sobie, że ten dysk już w zeszłym roku miał taki manewr, że zniknęła partycja systemowa, przepięłam wtedy stary dysk i gdy po miesiącu podłączyłam ten, na którym zniknęła partycja- znów była. Pomyślałam sobie, że teraz też tak będzie. Podjęłam jednak decyzję, że kupimy nowy dysk i wszystko zrobię od nowa. Przepięłam znów stary dysk pod internet, a dysk bez prawie niczego podpisałam jako znikający i odłożyłam na bok na dwa, trzy tygodnie, z nadzieją, że dane wrócą jak rok wcześniej. Poczytałam jednak trochę w internecie o tym, jak odzyskać dane, znalazłam nawet bezpłatny program do odzyskiwania danych wraz z dokładnym opisem krok po kroku co trzeba robić. Przetestowałam to na karcie pamięci, żeby znaleźć coś, co było na pamięci przed formatem. Zadziałało.  Pozostało tylko czekanie.

Tymczasem w dyskoncie zaczął się nowy szał na karty, zebrałam z moją Mamą kart na dwa pełne albumy i jeszcze trochę. Mąż zainstalował aplikację do odsłuchiwania odgłosów zwierząt. Zrobiłam ośmiorniczki z parówek według przepisu z albumu.

Byliśmy z Mężem na warsztatach w przedszkolu, potem pojechałam na jednodniowe szkolenie, a w tym czasie Irenka posadziła kwiatki, które przyniosła do domu. Kwiecień pełen wrażeń skończył się za szybko, jakby czas mi przez palce przeciekł… Pod koniec miesiąca znów zimno się zrobiło.

Marca blask…

Na początku marca były urodziny przedszkola. Ogłoszono wyniki konkursu plastycznego, ale Irenka nie była smutna, że tym razem nie wzięła udziału. Przyjechało wielu gości, przedstawiciele miasta, rady osiedli, oficjele z kuratorium, itp., itd. Padły fajne słowa ze strony przedstawiciela władz oświatowych, że przedszkole Irenki jest najlepszym przedszkolem w całym województwie ze względu i na wyniki, i udział w akcjach, np. „Kilometry dobra”, i na poziom nauczania. Nie mam porównania, jak jest w innych przedszkolach, może coś takiego mówią w każdej placówce na urodzinach- ale ja się cieszę, że Irenka się rozwija, że ma zaufanie do pań, lubi chodzić do przedszkola. Już nam nie przeszkadza, że bardzo daleko z domu mamy do placówki, przyzwyczailiśmy się.

Po części oficjalnej nastał czas na koncert Eneja, jeden z muzyków ma synka Stasia, w którym Irenka kochała się w zeszłym roku, wszędzie razem za ręce chodzili, teraz Staś chodzi do innej grupy.

Buzie dzieci i pań z przedszkola na zdjęciu zamazałam- z uwagi na ochronę tożsamości, zostawiłam tylko twarz Irenki i muzyków z zespołu, którzy są przecież osobami publicznymi. Irence załatwiłam autografy, bo chciała je powiesić u siebie w pokoju na ścianie. Koncert był wspaniały, dzieci tańczyły, śmiały się, wiele filmów nakręciłam, także z tym, jak Miłosz Irenkę prosi do tańca. Powstrzymam się jednak ze wstawianiem filmów z koncertu, dodam za to film, w którym Irenka śpiewa piosenkę o przedszkolu.

Irenka polubiła różnego rodzaju wycinanki, w przedszkolu zaczęli robić różne prace nożyczkami.

W marcu też odbyły się urodziny Ali, koleżanki z drugiej grupy, a zarazem sąsiadki z bloku obok. Irenka zaniosła m.in. książkę z księżniczkami, mebelkami, naszą też ciągle przeglądała i kazała czytać. Gdy wcześniej powiększałam domek dla lalek- to jeden z pokoi właśnie został zasiedlony przez domek z mebelkami i księżniczkami.

Fascynacja księżniczkami przeniosła się również w rysowanie zamków i pałaców.

Przyszła wiosna, nadal zimna, ale już dało się to znieść. Zaczęliśmy więcej czasu spędzać na dworze, Mąż zaczął wychodzić z Irenką na dłuższe spacery z rowerkiem. W przedszkolu również wiosna zawitała.

Milka zaczęła wysiadywać na balkonie, rzadko można było Ją złapać w kadr w domu, Irence tymczasem dokupiłam kolejnego piotrusia i trochę miniusiowatych puzzli. Marzec przyniósł wiosnę w serca…

Lutowe obrazki…

Na początku lutego przedszkole ogłosiło konkurs plastyczny z okazji piątych urodzin. Zrobiłam sobie zdjęcie, żeby nie zapomnieć. Jednak się nie udało zgłosić pracy, ponieważ… w domu zapanowała ospa. Zaczęło się przypadkiem. Niby spodziewaliśmy się epidemii, pierwsza tura poszła już w Irenki grupie, ale jak rano wylazła jedna krosta, to nie skojarzyłam tego z ospą, dopiero koło południa zadzwonili z przedszkola, że Irenkę wysypało. Mąż spóźnił się do pracy, bo odebrał Małą i czekał, aż ja wrócę z pracy, zwolniłam się wcześniej do domu. Jakoś tak pokombinowaliśmy urlop i wolne, że nie musieliśmy brać zwolnienia przez dwa tygodnie. Irenka spokojnie wychorowała ospę. Mąż nie zachorował. Teoretycznie podobno nie chorował, ale może być tak, że chorował i nikt tego nie zauważył, bo biegał po podwórku, nie wygrzał się i krosty nie wylazły. To się zdarza, w mojej rodzinie też były takie przypadki, w jednym to dziecko trafiło do szpitala na zapalenie płuc, a przy cieple i pod kołdrą to krosty zaczęły wyłazić.

Mąż zaczął bawić się nowym telefonem i przerabianiem zdjęć.

Irenka siedziała w domu, ćwiczyła pisanie, bawiła się klockami. Tymczasem nareszcie przyszedł trzeci Świeżak z dyskontu. Czekaliśmy na niego bardzo, bardzo długo. Rzeczy z Chin długo idą. Nie wspominałam wcześniej o tym, ale w połowie grudnia kupiłam z chińskiego Alicośtam dwie maskotki Trolli. W lutym nadal cisza była. Nic nie przyszło.

W lutym poszłam z Irenką na urodziny Adasia, syna mojej koleżanki, kończył siedem lat, wspaniały chłopak. Irenka nie pamiętała Go, ostatni raz widziała się z Adasiem, gdy miała może półtorej roku, gdzieś na placu zabaw, od tamtej pory z koleżanką rozmawiałam głównie przez telefon.

Mąż mój wybrał się też z kolegą na zimowy surwiwal, parę godzin ich nie było, piękne zdjęcia porobił. A z cyklu: gadżety- kupił sobie tym razem składaną piłkę w dyskoncie. Przy okazji dostał dwa steekezy, czyli przyssawki dla dzieci, wylosował buraczka i pomarańczkę.

Irence kupiłam w jednym z marketów kolorowe kryształki, robiła sobie z nich obrazy.

W jednym z marketów był konkurs, w którym trzeba było strzelać do bramki. Irenka wystrzeliła sobie kilka piłkarskich gadżetów, m.in. opaskę na rękę. Za część swoich monetek kupiła sobie serduszko maskotkę, a ja w moim markecie kupiłam Jej cztery charytatywne misie.

Milka oswoiła się całkiem z tym, że ma nas tylko dla siebie poza Irenką. Zdjęć też Mąż Jej narobił aparatem, nawet nagrał, jak Milka się myje, bo chciał sprawdzić rozdzielczość nagrania.

W lutym po raz pierwszy spotkałam się z sytuacją, że krążyłam po biletomatach w okolicy, a każdy był zawieszony. Dwa dni próbowałam kupić bilety na marzec.

Stycznia czar…

Styczeń, jak co roku, zaczął się fajerwerkami. Irenka do północy z nami czekała, wyglądaliśmy przez okno na świetliste kule, odpaliliśmy kilka zimnych ogni i życzyliśmy sobie zmian na lepsze w nowym roku pod cyfrą siedem. Mam nadzieję, że w tym roku spełnią się wszystkie nasze życzenia, aczkolwiek sporo ich jest, ale rok długi jeszcze, jeszcze wiele może się zdarzyć.

W przedszkolu Irenka również miała fajerwerki.

Kupiłam Irence naklejki na ścianę, bo po wizycie u swojej koleżanki Izy też chciała mieć naklejki na ścianie. Iza jest córką mojej bliskiej koleżanki z pracy. W zasadzie to mogłabym powiedzieć, że to moja przyjaciółka, ale nie wiem, czy to działa w drugą stronę. Mam na tyle specyficzny charakter, że niewiele osób jest w stanie dłużej ze mną wytrzymać. Trochę za dużo działo się kiedyś w moim życiu, trzeba by było wszystko to ogarnąć, żeby zrozumieć pewne rzeczy. Byłam zbyt młoda, żeby cokolwiek ode mnie zależało, i zbyt duża, żeby nie rozumieć, czy nie pamiętać. Nie wiem, czy uważa mnie za swoją przyjaciółkę, ale bardzo Ja lubię, mogę z Nią porozmawiać tak, jakbym rozmawiała ze starszą Siostrą.

Oprócz naklejek z Hello Kitty kupiłam też dwie książki do kolekcji. Mamy kolejny powrót do postaci Hello Kitty.

Urodziny Zuzi odbyły się z dużym poślizgiem, w połowie stycznia, ciężko było zgrać wolne wszystkich osób ważnych dla Zuzi. Dziewczynki bawiły się świetnie.

Trafiła mi się taka paskudna parówka, że parówek tej firmy wiele tygodni nie kupowałam, z czymś przyrośniętym, i jakby wymięta i sfatygowana. Parówki w cieście francuskim z serem zaczęłam więc robić z innymi parówkami.

Milka zrobiła się spokojniejsza. Zaczęła się też codziennie domagać pieszczot przez co najmniej pół godziny od nas obojga, nie podaruje, śpi z nami jak dawniej, ale ze mną śpi pod kocem tylko w dzień, w nocy śpi na pościeli i nie chce się przykrywać.

W przedszkolu odbyła się uroczystość z okazji Dnia Babci i Dziadka, moi Rodzice nie mogli przyjechać, bo impreza odbywała się po południu, byli więc tylko Rodzice Męża. Nagrałam wszystko i pokazałam później drugim Dziadkom. Dzień później odbył się Bal Bajek, Irenka przebrała się za Miniusię. A w weekend spotkaliśmy się u Dziadków z Siostrą Męża i Jej synami. Nie lubię takich spędów rodzinnych, ale z roku na rok dzieciaki coraz bardziej się lubią, cieszy mnie to ogromnie.

Połamaliśmy niechcący kilka klocków z Irenki zestawu, co prawda coś tam udało się czymś innym zastąpić, ale jeden zestaw z Winxów nie jest już cały, brakuje też jakiegoś klocka. Irenka na szczęście nie przejęła się tym. A w pokoju zapanowała już wiosna, kupiłam wiosenne kwiatki na Irenki stolik.

W przedszkolu pojawia się różna tematyka.

Irenka zabrała Luliana do przedszkola, co tydzień ma problem, kogo zabierze, chciałaby kilka zabawek naraz. Przeważnie chodzą jednak dwie, trzy te same, nieliczni wygrywają z Miniusiami czy Hello Kitty.

Mąż interesuje Irenkę starymi modelami aut, Irenka wie, jak się nazywają różne samochody, powiedziała mi kiedyś nawet, widząc nieznane auto, że ja to na pewno nie wiem, co to jest, ale zapyta Taty, On zna wszystkie auta…

Ja za to jestem w domu od zabawek, jak coś chce Irenka, to ustalamy kiedy, i czy w ogóle, coś Jej kupię. Kiedy zepsuła się druga z lampek Hello Kitty- wynalazłam na drugim końcu miasta małe lampki Hello Kitty, kupiłam dwie, jedną dla Irenki, drugą dla Izy.

Trzydziestego pierwszego stycznia pojechaliśmy po nowe telefony na przedłużenie umowy. Wybrałam sobie Samsunga A3, bo to był najmniejszy z dostępnych obecnie Samsungów. Jeszcze wtedy był w sprzedaży, ale już tylko biały, Mąż mój wziął więc inny model, Samsung A5. Strasznie to duże w porównaniu z moim Galaxy. Naszła mnie taka refleksja, że po to kilkanaście lat temu odchodziliśmy od cegieł, żeby teraz nosić przy sobie telewizory…

Nie lubię nowości, przechodzenia na drugi telefon, schowałam więc nowe urządzenie do pudełka. Starego Galaxy też wymieniłam po dwóch i pół miesiąca po kupieniu…

Mąż od razu wymienił telefon, ale Jego poprzedni miał już cztery lata, przecież dwa lata wcześniej, wbrew mojej radzie, żeby brać Samsunga- wziął LG, którego używał tylko dwa miesiące, potem go sprzedaliśmy, to był taki typowy fujzbukowy gadżet, wszystko chciał w internet wysyłać. Mąż zaczął więc zabawę z telefonem…

Grudniowe opowieści…

Grudzień zaczął się szybko, śniegu tylko brakowało, w zasadzie ciągle panowała plucha. Na początek zabrałam Irenkę na spotkanie z Mikołajem w mojej pracy. Sporo dzieci było. Irenka robiła pierniczki zdobione, spotkała się ze swoją koleżanką Izą. Potem stała w kolejce do Mikołaja. Dzieci śpiewały piosenki, recytowały wierszyki, jedna dziewczynka nie chciała nic powiedzieć, ale i tak dostała paczkę. Irenka to zobaczyła i z pretensją do mnie: „To tak można? Nie trzeba nic mówić, ani śpiewać? To ja też tak chcę!” No i nie powiedziała żadnego wierszyka, przedstawiła się tylko i zabrała paczkę.

Udało mi się kupić większe buty Irence na zimę identyczne, jak te poprzednie, całkiem przypadkiem trafiłam na ostatnią parę i akurat ze zniżką i właściwy numer- po prostu czekały w sklepie na nas, nawet nie mierzyła, po prostu kupiłam i tyle. Ale zanim do tego sklepu zaszłam, to zwiedziłyśmy kilka innych.

Irenka naoglądała się w sklepach z butami bajek i potem chodziła z poduszkami na głowie.

W przedszkolu Irenka również spotkała Mikołaja, dzieci miały zabawę, wszystkie ubrane na czerwono, w czapeczkach mikołajowych. Odebrała kolejny prezent. Były m.in. puzzle, dokładnie takie same, jak kupiłam parę dni wcześniej, nawet ilość i rozmiar ten sam, różniły się tylko wielkością pudełka, co mnie zdziwiło, bo jaki jest sens robić puzzle w dwóch różnych pudełkach, w sklepie potem stoją obok siebie te puzzle i jedne kosztują dwa razy tyle, co drugie, chociaż w środku jest dokładnie to samo, firma również ta sama. Bezsens. Ale dało mi to do myślenia, na drugi raz, gdy spodobają mi się jakieś puzzle- poszukam wersji w mniejszym pudełku… Jedne puzzle Irenka oddała Zuzi.

Co do Mikołaja- powiedziała, że ten w przedszkolu to nie był prawdziwy, bo miał przyklejoną brodę, a prawdziwy jest ten, który był u mnie w pracy. Wytłumaczyłam Jej, że Mikołaj ma tyle pracy, że ma bardzo wielu pomocników. Kilka dni później spotkała w mojej pracy mojego kolegę, który okazał się być „strasznie podobny do Mikołaja!”. Chwila zastanowienia i… powiedziałam, że to jest Tomek, brat Mikołaja, podeszłyśmy do Niego, powiedziałam Mu, co Irence przekazałam. Roześmiał się i potwierdził, ze jest bratem Mikołaja i często Go z Nim mylą. Ale powiedział, że skoro Go widzi, to musi też wiedzieć, że jeżeli będzie się źle zachowywała, to On wszystko bratu przekaże i będzie rózga. Taka potem była powaga, że hej!… Tomek, brat Mikołaja, sam ma wnusię, ciut młodszą od Irenki, potrafi się więc wczuć w klimat powagi dziecka.

W przedszkolu Irenka nadal ćwiczy ciągle rysowanie, tak też i w grudniu było, wzięła nawet udział w konkursie w przedszkolu na kartkę świąteczną i dostała wyróżnienie. W mojej pracy również był konkurs, wykonała kartkę świąteczną i też dostała za to prezent. Kartki wykonywali również na warsztatach przedświątecznych, w których wzięliśmy udział.

Powiększyłam Irence domek dla lalek, dodałam jedno piętro, zastąpiłam też jedno nowymi kartonami, bo były pogięte po tym, jak Luniek kiedyś na domek wskoczył. Poustawiałam na nowo mebelki, znalazło się też miejsce na domek po cukierkach, w którym zamieszkały trolle z wody z dyskontu.

Irenka zaczęła codziennie bawić się w kolejkę, pet-shopy jechały autem do kolejki, a potem czekały cierpliwie, aż przyjdzie ich pora na przejażdżkę powozem. Pet-szopy, kucyki, trolle- co tylko danego dnia chciała.

Mąż dostał w pracy słodki prezent świąteczny, kupił sobie zaś nowy gadżet, tym razem ostrzałkę firmy Lansky.

Irenka poszła na urodziny Hani. Urodziny były udane, ale raczej dla Irenki i… Ady. Irenka bawiła się przez pierwszą godzinę głównie z Adą, a Hania biegała za nimi, aż zagroziłam Irence, że wyjdziemy zaraz, jeśli nie włączy Hani do zabaw. Później było malowanie buziek, Irenka chciała być pomalowana w Miniusię… Talentu pani malująca to raczej nie miała, masakrycznie to wyglądało, a wręcz przerażająco… A po urodzinach Irenka zaczęła rysować książki o tym, że Hania bawi się sama, potem Ada idzie do domu, a Hania się cieszy, że ma Irenkę dla siebie, itp.

W szatni tej bawialni Irenka zgubiła odblask z rękawa kurtki. W zasadzie zauważyłam to prawie od razu, jak wyszłyśmy. Moja Mama kupiła komplet dwóch w różnych kolorach u siebie w sklepie z chińszczyzną. Różowy był trochę od spodu rozerwany w charakterystyczny sposób, trochę pod skosem. Dzień później znalazłam ten odblask… w swoim sklepie, przechodziłam obok jakiejś półki, gdy na niej zauważyłam opaskę. Nie było mowy o tym, żeby to było tylko podobne, charakterystyczne było rozdarcie od spodu. Czyli jakieś dziecko znalazło tę opaskę i zamiast odłożyć na blat w szatni, gdyby ktoś szukał, schowało do kieszeni, a potem zgubiło w moim sklepie, gdy rodzice wybrali się po urodzinach na zakupy. Cóż- co ma wisieć, nie utonie, co ma być moje, będzie moje.

Irence mąż zrobił bib-standard na łóżku, czyli zdjęcie poukładanych zabawek, żeby mieć wzór jak to ma codziennie wyglądać. Działało tydzień…

Tymczasem w przedszkolu codziennym rytuałem do Świąt stało się bujanie na koniku, który stał w korytarzu. Świeżak z dyskontu nadal nie dotarł, ale na otarcie łez dostaliśmy rabat na zabawki, zbiegło się to w czasie z inną promocją na zabawki- kupiłam więc klocki za kilka złotych. W moim sklepie zaś udało nam się wyhaczyć małą Miniusię na wyprzedaży.

Któregoś dnia Komenda Miejska zrobiła akcję drzewka z odblaskami, wybrałyśmy się tam z Irenką, ale zanim dojechałyśmy na drugi koniec miasta z przedszkola- zabrakło odblasków. Spotkałyśmy jednak pana, który akurat podjechał do pracy, ubrany po cywilnemu, trochę pogadałyśmy z nim z Irenką, pan ten dał Irence dwa odblaski. Tak bardzo się Jej spodobały, że nie chciała zaczepić ich do kurtki, żeby nie zgubić. Przeprowadziła  z panem rozmowę na temat bezpieczeństwa na drodze, byłam z Niej dumna, a pan się aż roześmiał.

Kolekcja trolli powiększała nam się aż udało się trafić na Poppy.

Przed Wigilią ubraliśmy choinkę. W przedszkolu były przedświąteczne wypieki, które dzieci zabrały na wigilijny stół. Wigilię spędziliśmy w domu, we trójkę, Irenka pootwierała prezenty, dostała m.in. klocki, lalki Evi, króla Luliana. W pierwszy Dzień Świąt, po Mszy, poszliśmy do Teściów na świąteczny obiad. Drugi dzień Świąt to był wyjazd do moich Rodziców. Nie udało mi się spotkać z Bratem, nie było Go w Polsce przed Świętami, rodzina Jego żony wyprawiła urodziny ich chrześniaczki w drugi dzień Świąt specjalnie przekładając imprezę dla Niego, nie wypadało Mu odmówić. Ale to nic, porozmawialiśmy trochę przez telefon. Irenka i tak była szczęśliwa, że prawie całą rodzinę zobaczyła w Święta.

Milka przestała popłakiwać pod drzwiami, coraz częściej też zaczęła podchodzić do Irenki, albo po prostu od Niej nie uciekać. Kupiłam Jej świąteczny zestaw z zabawką, ale zabawka w ogóle Jej nie zainteresowała, Irenka więc przejęła zabawkę.

Listopad i urodziny Irenki…

Pierwszego listopada zawsze odwiedzamy groby na miejscu, w tym roku również pojechaliśmy na groby na miejscowym cmentarzu, odwiedziliśmy jak zawsze grób Wujka Męża, grób rodzinny z rodziny, u której mieszkałam pierwsze sześć lat na stancji, nadal czasami przypominam sobie właściciela stancji z Jego białą czuprynką, wspaniały to był człowiek, a umarł prawie w tym samym czasie, co Jego wnuk, trzyletni, który rósł na moich oczach, obaj na białaczkę, tylko inną. Potem jak zwykle odwiedziliśmy też grób Bublewicza, jeśli urodzi nam się kiedyś syn, to nazwiemy go Marian. Pojechaliśmy autobusem, wróciliśmy autobusem i tramwajem. I cały dzień zleciał.

Zaraz potem nakładały nam się zmiany, bo Mąż pracował do dwudziestej drugiej, a ja do osiemnastej, więc przyjechał mój Tata, nocował u nas, Mała była zachwycona, a On na drugi dzień zszokowany, jak Mała może się wysypiać na takiej górze maskotek na łóżku… Ledwo się pomiędzy nimi wcisnęła bokiem…

Moja Mama dzwoniła na telefon Irenki, gdy byliśmy w pracy, Irenka potrafi już odebrać telefon. Babcia pytała, co Dziadek robi, a Mała szczerze: „Dziadek udaje, że śpi, ale ma oko co chwila otwarte, więc nie śpi, a ja się bawię.” Szczere dziecko…

A propos szczerości- badamy co jakiś czas, czy Irenka nam nie kłamie, i co nam opowie. Któregoś dnia powiedziałam coś Jej, ale żeby Tacie nie mówiła, a Mężowi to powiedziałam, żeby wiedział, o co ma zapytać. Pytał Ją potem o to, a Irenka powiedziała Mu wszystko, z tekstem: „ale Mama mówiła, żeby Tobie nie mówić”… Czyli jeszcze nam nie kłamie, na razie wszystko powie, co wie i myśli. I dobrze, ale gdzieś tak w wieku pięciu lat zaczyna się kłamanie Rodzicom, musimy to wychwycić.

Listopad w zdjęciach zacznę listopadową Milką, bo Milka też miała urodziny w listopadzie, urodziła się dwudziestego dziewięć lat temu. Pogodziła się już chyba z tym, że Luńka nie ma. Czasami na korytarz wyskakuje, ale Luniek zawsze wyskakiwał, więc może teraz ona czuje różne zapachy i węszy, wcześniej jej to nie interesowało. Śpi całymi dniami, a potem chodzi za mną, za Mężem, kradnie Irence frotki, biega z nimi, w nocy przychodzi spać do naszego łóżka. I ciągle mruczy, wystarczy jej tylko dotknąć… Czasem leży na sfinksa z wyciągniętymi łapkami przed siebie, a czasem po swojemu, jak krówka, łapy chowając pod siebie. Od Irenki już tak nie ucieka, ale nadal ma rezerwę nieufności, gdy np. Irenka biegnie.

Irence dorobiłam kolejną szafkę na buty dla lalek, zrobiłam też za kartonów szafy, dwie z półkami, jedna z wieszakiem z patyczka od szaszłyków. Poobklejałam to papierami samoprzylepnymi, Mąż zrobił wieszaczki z dużych spinaczy, znalazłam też dawno temu kupiony odkurzacz, który miał być większy, ale nie doczytałam w internecie rozmiarów i okazał się odkurzaczem dla lalek barbie- teraz jak znalazł! I jeszcze zwierzaczki z kinder niespodzianek puchate powybierałam i lalki mają hodowlę zwierzątek.

Z cyklu: gadżety- kupiłam teraz Mężowi krzesiwo z kompasem.

Irenka zaś dostała z mojej pracy nagrodę za maskę dyni- zestaw z masy plastycznej z akcesoriami do robienia deserów i kawałków owoców. Super nagroda!

Tuż przed urodzinami Irenki przyjechała moja Mama z masą prezentów! Irenka była zachwycona zwłaszcza z uzbieranej i upolowanej przez Babcię truskawki Tosi ze świeżaków! Ale były również ubranka typu spodnie, dresy, sukienki, słodycze: czekolady, cukierki, ciasto… Babcia przyjechała specjalnie dla Irenki.

W urodziny Irenka bardzo szybko wstała, od razu ubrała się, powystrajała w koronę i inne drobiazgi. Najpierw przyjechali Dziadkowie od strony Taty, był tort, „stolaty”, potem zaszła Chrzestna Irenki z cudnym ręcznie robionym kompletem do włosów- opaska i spineczki, Irenka chciała do przedszkola założyć opaskę, ale zbyt ładna, nie pozwoliłam. Potem przyjechała Zuzia z Patrykiem do Irenki, a my Mamy sobie w końcu miałyśmy czas porozmawiać… Od Zuzi Irenka dostała lalkę chłopca, Evi z bałwankiem, puzzle; my też daliśmy Irence puzzle, ale mniejsze, z urodzinami, też lalkę Evi z bałwankiem, także Evi z autkiem i bar z klocków cobi, który złożyłam Irence wieczorem. Dorzuciliśmy też zdobyczny na wyprzedaży domek-cukiernię z konikiem za kilka złotych. A za pieniążek od Babci kupiłyśmy dzień później zestaw Evi ze Steffi lekarką i jeszcze zostawiłam na słodycze.

Urodziny więc za nami, udane, wesołe, jeszcze dzień wcześniej Irence napiekłam muffinek do przedszkola, to dzieciaki też tam miały imprezę, a Irenka wróciła z „książką urodzinową”, złożoną z rysunków dzieci.

Potem dni znów potoczyły się monotonnie, Irenka robiła „koncerty” konikom i petszopom, oczywiście biletowane, cały sierpień zbierałyśmy bilety autobusowe… Ja polowałam na świeżaki i udało mi się upolować śliwkę Sabinę, na brokuła Bartka zapisałam się, po Nowym Roku pewnie będzie.

Irenka jeździ ze mną często na zakupy, najbardziej lubi ciuchcię w jednym z hipermarketów, nawet filmy mamy, sama już monetę wrzuca. Film pierwszy tu, a drugi tu.

Irenka w dalszym ciągu rozwija swój talent plastyczny. Tworzy nie tylko nowe rzeczy, w przedszkolu i w domu, ale także przerysowuje to, co widzi. Lubi się bawić i rysować.

Mąż znów wybrał się z kolegą do lasu. Przeważnie jadą w te same miejsce, ciekawe, jak wyglądałaby galeria zdjęć tej samej budki w różnych porach roku?

Irenka wzięła udział w konkursie plastycznym w przedszkolu, temat przewodni: miś. Robiła sama rysunek, choć wiedziałam, że dostanie „tylko” dyplom, widziałam prace innych rodziców, bo na pewno dzieci większości nie robiły. Do nich poszły nagrody, ale dla mnie ważniejszy jest dyplom, bo naprawdę zasłużony. Zdziwiłam się tylko, że nie wszystkie dzieci dostały dyplomy, myślałam, że za sam udział jest taka pamiątka, jednak nawet dyplom nie wszystkie dzieci dostały. Oprócz dyplomu była jeszcze malowanka do malowania wodą- Irenka poszła na skrót myślowy i zamiast bawić się pędzelkiem z wodą chlusnęła całym pojemnikiem z wodą i od razu książeczka pomalowała się cała… Nawet nie wiem, gdzie ona teraz jest, za to dyplom wisi na ścianie.

W listopadzie pojawił się pierwszy śnieg tej zimy, nawet któregoś dnia Tata poszedł z Irenką na sanki, wszystko było fajne do momentu, gdy zleciała z sanek…

Mieliśmy też ocenę półroczną Irenki do przeczytania w przedszkolu. W zasadzie wszystko w porządku, Irenka rozwija się dobrze, ale pojawiły się dodatkowe „umiejętności” np. typu: znajomość miesięcy i kalendarza, pór roku. Irenka tego nie zna, zalecone ćwiczenia. Spytałam po co tego typu rzeczy pięciolatkowi? Dowiedziałam się, że to w ramach przygotowywania do szkoły w przyszłym roku. Nie ćwiczymy więc i nie wymagamy znajomości tego typu rzeczy od Irenki. Irenka w przyszłym roku nadal będzie chodzić do przedszkola, żadna siła nie przekona mnie do tego, żeby zmuszać Ją do wcześniejszego pójścia do szkoły. Jak chciałam Ją oddać do przedszkola na trzy lata, a we wrześniu trzech lat nie miałaby, to nawet podania w miejskich przedszkolach przyjąć nie chcieli, bo „dla trzylatków z listopada i grudnia to żłobek jest”… Był teraz też jakiś konkurs plastyczny dla starszych przedszkolaków, to od grupy piątej, czyli pięciolatków raczej z pierwszej połowy roku, nasza grupa jest mieszana- młodsze pięciolatki i starsze czterolatki, to już w konkursie nie mogli brać udziału. A do szkoły mam dawać Ją zanim sześć lat skończy? Nonsens. I zawsze miałaby pod górkę, bo np. poszłaby do klasy z siedmiolatkami ze stycznia, prawie dwa lata różnicy i zawsze byłaby od nich gorsza fizycznie, np. w wynikach na zajęciach wychowania fizycznego, albo psychicznie, np. w poszukiwaniu sal w starszych klasach. Pójdzie do szkoły jako prawie siedmiolatek, nawet gdyby miała się nudzić przez pierwsze lata, bo zdolna jest. Nie będę Jej na siłę zabierać dzieciństwa. Ale widzę różne opinie, np. mama jednego z dziecka z naszej grupy chce dziecko dać do szkoły w przyszłym roku, bo… będzie jej wygodnie wozić dwoje ze starszym dzieckiem od razu do szkoły. Cóż, oby to się później jej nie zemściło. Każde dziecko jest inne i należy do niego podchodzić ze zrozumieniem, a nie ciągnąć starszego w dół względem młodszego i młodszego w górę względem starszego. Już w najbliższej rodzinie Męża widziałam dwoje chłopców, którzy w ciągu roku przeskoczyli jakieś trzy lata w rozwoju, bo najpierw starszy bawił się zabawkami młodszego i oglądał to, co on, a potem nagle młodszy „wydoroślał” i obaj oglądali to, co starszy i bawili się starszego zabawkami. Taki nagły przeskok w rozwoju omija pewne rzeczy ważne. Każdy rok w rozwoju dziecka coś mu daje, co za ileś tam lat będzie w jakiś sposób odbijać się w zachowaniu, predyspozycjach i nawet w postawie względem płci przeciwnej. I tak samo ma znaczenie wyrwany rok z dzieciństwa w przedwczesnym puszczeniu do szkoły jeszcze nie sześciolatka…

Pod koniec listopada wybraliśmy się we trójkę do kina na „Trolle”. Rewelacyjny pomysł, wesoła, rozśpiewana bajka, zakończona pozytywnie. Teraz kupujemy w sklepie butelki z wodą jabłkową z figurkami Trolli.

Tak zaczęła się nasza przygoda z Trollami…

Październik

Na początku października Irenka była na urodzinach Marysi. Jak zwykle wśród dzieci z naszej dawnej grupy- impreza była w Figlolandii. Nie mam przekonania do tego obiektu, ale Marysia nie jest już w grupie Irenki, chciałam więc, żeby dziewczynki mogły się spotkać. Wprawdzie Marysia jest tylko miesiąc starsza, ale przy selekcji na dwie grupy została dodana do grupy starszych pięciolatków, tych z pierwszej połowy roku. Trochę dziwne, nie wiem, jak dzieci zostały w końcu podzielone, ale grupa piąta ciągle bierze udział w konkursach dla starszych dzieci, a grupa Irenki, czwarta- nie. Kierowali się chyba też tym, że pięciolatki z grupy piątej na całego szykują się do szkoły w przyszłym roku, może dlatego tam jest też Irenki koleżanka, Jej mama chce Ją puścić rok wcześniej.

Ale wróćmy do Figlolandii. Jedna mama powiedziała, że zna obiekt od kilkunastu lat, bo ma starszego syna i zabawki ciągle są te same, nic nie przybyło. Poszłam więc na mimowolny obchód zabawek i… nie zdążyłam, Irenka przybiegła z płaczem, że rozcięła sobie palca w dwóch miejscach. Poprosiłam, żeby pokazała, w którym miejscu się skaleczyła, pokazała mi drzwiczki od domku, otworzyłam je, a tam była połamana ścianka i ostre kanty. Zgłosiłam to obsłudze, wzruszyli ramionami, Irenka dostała plasterek.

Pół imprezy przesiedziała mi popłakując na kolanach. Na koniec się znów rozkręciła.

Ale na domek nie pozwoliłam Jej chodzić, chociaż wcześniej dobrze się tam bawiła.

Coraz dłuższe włosy ma Irenka. Lubi się też stroić na księżniczkę.

Irenka zrobiła maskę na konkurs w mojej pracy, sama narysowała dynię i wycięła. Gdy powiedziałam, że maskę zabiorę do pracy, to zrobiła sobie jeszcze jedną- serduszkową.

Wyciągnęłam z piwnicy karton z klockami lego, ważący około dziesięciu kilogramów.Przez dwa wieczory zrekonstruowałam na podstawie zdjęć ostatni ze złożonych domków, które wymyśliłam, składałam sobie relaksacyjnie takie domki jeszcze sześć lat temu, po ślubie. Potem Teściowa miała operację, jeździliśmy do Niej w odwiedziny, w międzyczasie zaszłam w ciążę, klocki poszły do szafy. Gdy przeprowadziliśmy się na własne mieszkanie- lego w kartonie wynieśliśmy od razu do piwnicy.

Irence spodobał się kilkupiętrowy domek. To był chyba dwudziesty szósty mój „projekt”, wszystkie mam w zdjęciach na dysku. Ten jest najbardziej rozbudowany, rozkłada się na dwie części, ma też dobudówkę, która również się otwiera. Irenka jest na razie na etapie zabawy klockami, sama rzadko coś układa, choć sporo jeszcze klocków zostało.

Szkoda, że Luniek tego nie doczekał. Zawsze „pomagał” mi w budowie, kładł się miedzy klockami, próbował wchodzić do środka domków, na dach albo balkony, wąchał kwiatki i ludziki, czasami mi odczepił np. choinkę i nosił w zębach po pokoju… W starych zdjęciach trzy ładne znalazłam z Luńkiem.

Strojnisia mała zaczęła nosić rajstopki i spódniczki. Taki widać etap podglądania, w czym koleżanki chodzą. Wchodzi np. do sali, koleżanki podbiegają, a Ona okręca się w kółko, żeby spódniczkę pokazać… Wchodzi kolejna dziewczynka do sali i robi to samo… Albo każe sobie zaplatać warkoczyki, bo „dzisiaj umówiłyśmy się, że będziemy miały warkoczyki”… Kiedyś przyszła z przedszkola z pretensją, że „Zosia nie założyła dzisiaj opaski, chociaż wszystkie miałyśmy założyć”…

Lubi pisać na komputerze, nauczyła się pisać i imię, i nazwisko, powiedziała, że chce pisać tak szybko, jak ja. Nie nazwałabym mojego pisania „szybkim”raczej „przeciętnym”, ale Jej to imponuje, to się śmieję z tego.

W październiku Milka zmieniła się trochę. Zaczęła naśladować Luńka, siedzi np. z łapami wyciągniętymi przed siebie, a nie jak dotychczas- podwiniętymi pod siebie. Popłakuje pod drzwiami, nawołuje. Z nudów, bo nie ma się już z kim przeganiać po mieszkaniu, zaczęła podkradać frotki Irence. Hyc, na ślizgawkę po schodkach, a ze ślizgawki pysk do pudełka z frotkami i… potem wracam z pracy, a na podłodze dwadzieścia parę frotek… Gdy wracamy do domu, a wcześniej Milka była sama, to frotki walają się wszędzie, w kuchni,  w przedpokoju, nawet w łazience obok kuwety. A ja chodzę i zbieram. Któregoś dnia to nawet materiałową opaskę do włosów w zębach Milka poniosła. O spinkach w kokardki to już nie wspomnę…. Frotki oczywiście górą- tego ciągle wiele… A Milka łazi za mną jak cień, przychodzi mi na kolana, opiera się łapami o klawiaturę, gdy coś piszę albo czytam, paraduje mi przed ekranem. Robię coś w kuchni i wszędzie Milka, gdzie tylko się odwrócę… Sępi jak Luniek, kiedyś nie musiała, on się upominał, ona korzystała…

Śpi też ze mną, przytula się do nogi, szuka ciepła. Luniek dużo czasu jej widać poświęcał, skoro teraz do nas się garnie ciągle. Lubi też „rozmawiać”, obudzi się i już „miau”, i tak do wieczora, jak Irenka… Przykładowa rozmowa tutaj

W nowym semestrze w przedszkolu Irenka przeniosła się do drugiej szatni, tyle, że w zeszłym roku tu była szatnia trzech grup i wisiały trzy tablice, teraz naszej grupie brakowało tablicy, po półtorej miesiąca udało mi się to całkiem przypadkiem załatwić, że nasza grupa teraz też ma znowu tablicę na rysunki.

Bal jesienny był w przedszkolu, nawet ponoć nagrody były za najlepsze przebranie. My nie brałyśmy w tym udziału, bo parę dni wcześniej słyszałam, jak mamy się umawiały do wypożyczalni strojów, ich dziewczynki miały rzeczywiście jesienne stroje, ja Irence pozwoliłam wybrać, w co się chce ubrać. Wybrała sukienkę od Babci, do tego przebrała się za wróżkę, nacięła „liści” z bibuły, wsadziła do koszyczka i poszła na bal jako „jesienna wróżka”…

Ja tymczasem pojechałam na grób Rodzeństwa. Umówiłyśmy się z Mamą, że spotkałyśmy się w połowie drogi, pojechałyśmy na cmentarz, tam dwie godziny czyściłyśmy grób, deszcz padał prawie całą naszą wizytę, potem rozjechałyśmy się do swoich domów.

Nie jechaliśmy w tym roku samochodem, bo nie chcemy już od Teścia pożyczać auta. Po wakacjach, w czasie których Jego Zięć woził towar do sklepu tym autem- to już jest rzęch, na jesieni klocki hamulcowe miał starte do zera, aż piszczały, więc i amortyzatory dostały czadu. Brudny w środku, tapicerka aż szaro-szara od brudu, wgniecenie na masce, światła kierunku nie zawsze świecą jak powinny. Nie wiadomo, czy dojechalibyśmy tym autem gdziekolwiek, a płacić za naprawę pewnie byśmy musieli, bo Teściowi interes słabo idzie. Zresztą, On też już sobie chyba odpuścił auto, woził sobie nawet węgiel autem do zakładu… Wsadził w remont kilka tysięcy na wiosnę, a teraz auto jest niewiele więcej warte, jak mechanik oszacował.

Na Święta do moich Rodziców również będziemy jechać autobusem. I bez noclegu, żeby Milki samej nie zostawiać na noc, chyba, że nie zdążymy na autobus, to przenocujemy. Różnie bywa.

U Teściów nie byłam w październiku ani razu. Miałam nawet zajść po urodzinach Marysi, ale Irenka skaleczyła palca i było powizytowane… A potem jakoś tak wyszło, że dałam Teściowej czas dla Niej samej…

Pod koniec października chodziły dzieciaki po budynku. Mężowi bardzo nie podoba się amerykański zwyczaj, napisał więc, co myśli i wywiesił na korytarzu na drzwiach. Irenka też dorysowała trochę swoich zakazów…

Październik był długi i ponury za oknem, wieczna chlapa, ciemno rano, ciemno po południu. Jesienna deprecha…

Dobrze że nam choć trochę humor dopisywał…

Wrzesień…

Wrzesień rozpoczął się babim latem, jakoś tak nie po kolei ta aura w tym roku. Zwykle pierwsza połowa września była słoneczna, tymczasem teraz cały czas padał deszcz. Nawet pogoda z nami opłakiwała utratę naszego futrzanego przyjaciela. Ciężkie to były pierwsze dni, wszędzie czuliśmy jego obecność. Zaczęliśmy wreszcie zauważać Milkę, nie dało się zresztą nie zauważyć kota bleszczącego pod drzwiami. Milka często stała pod drzwiami i nawoływała. Tak bynajmniej nam się wydawało.

Irenka wróciła do swej sali w przedszkolu po wakacjach. Grupa została podzielona na dwie, do drugiej grupy poszły starsze pięciolatki, do Irenki grupy doszły najstarsze czterolatki. Mimo to wciągu września trwały jeszcze rotacje, ponieważ niektórzy rodzice zabierali jakiegoś czterolatka, który chciał jeszcze leżakować, na jego miejsce przychodziło inne dziecko, nie było to łatwe dla Irenki, bo polubiła jakieś dziecko nowe, a znów je zabierali.

Z uwagi na pogodę prawie nie wychodziliśmy z domu. Irence kupiłam parasolkę do pokolorowania, cały wieczór kolorowała, efekt był imponujący.

Dorobiłam nową komódkę lalkom na buty, zrobiłam też z klocków lego i podobnych inny domek, trochę uporządkowałam zestaw zabawowy.

Któregoś dnia w przedsionku przed śmietnikiem ktoś wystawił całe stosy książek, puzzli, zabawek, klocków, kredek, itp. Nie zamierzałam nic z tego brać, bo swoich zabawek mamy i tak dużo, ale wyrzucałam właśnie śmieci, gdy rzuciły mi się w oczy dwa zestawy klocków cobi z serii wyścigowej. Wzięłam je do domu, oba nie były kompletne, ale z dwóch zestawów po instrukcji złożyłam pojazd. Ktoś widać nie miał cierpliwości, bo nie było to łatwe, a naklejki były jeszcze nienaklejone, część klocków nierozpakowana z foliowego woreczka.

W domku dla lalek zamontowałam firanki. Domek będę musiała prędzej, czy później poprawić, ponieważ złożyłam go jeszcze za życia Luńka, a on wskakując na „dach” wgiął karton i nie wiem, jak długo to wytrzyma.

Irenka za udział w konkursie w mojej pracy dostała m.in. plecak z Minnie do przedszkola, ale też obrazek z pastelami do pomalowania, więc pomalowała i zawisł na ścianie nad Jej łóżkiem.

jak było do przewidzenia- tuż przed naszą rocznicą ślubu, jak co roku, pogoda wreszcie się rozpogodziła, nawet któregoś dnia po delikatnym już tylko kropieniu deszczu widać było tęczę.

Za nami sześć lat „legalnego” bycia razem.

Irence nazbierało się już prawie czterdzieści złotych ze „złotych” monet, któregoś dnia trzydzieści złotych wymieniłam Jej na lalkę, która akurat była w promocji po cenie bez marży.

Męża zaopatrzyłam w oparcie do siedzenia przy komputerze, ale Irenka miała też  inne pomysły na wykorzystanie oparcia…

Pod koniec września Mąż ponownie udał się z kolegą do lasu.

A na dzień chłopaka Tata dostał krawat od Irenki. Nie był to prezent przez Nią malowany- dzieci malowały krawaty, a potem każde dziecko losowało czyjś na prezent dla Taty.

I wrzesień nam poleciał… Pierwsze dni bez Luńka były dziwne, ściągnęliśmy blokady na balkonie, zawiesiłam w końcu zasłonkę przy wannie, którą ciągle obsikiwał, wymieniliśmy podwójną miskę na pojedynczą starą Luńkową, suchą karmę wsypałam też w mniejszą miskę, leżaczek z szafy zabraliśmy do piwnicy, tylko nosidełko zostało. Z początku miałam jeszcze takie przyzwyczajenia, że np. robiłam zupę, dodałam śmietanę, a pojemniczek po śmietanie stawiałam przy kociej misce do wylizania dla Luńka, albo kładłam się spać, Milkę brałam pod rękę lewą, a rękę prawą wyciągałam nad głowę, żeby wzdłuż niej Luniek się rozłożył. Dziesięć lat kociego życia to dziesięć lat jakichś naszych przyzwyczajeń.

Do Teściów we wrześniu w zasadzie nie chodziłam. Byłyśmy raz na początku, Babcia obiecała Irence, że przyjdzie w tygodniu, bo Irenka powiedziała, że Babcia nie musi się już bać Luńka. Teściowa oczywiście nie przyszła, nigdy do nas nie przychodzi poza urodzinami Irenki, Irenka się obraziła, że „Babcia kłamie” i nie chciała chodzić do Babci w ogóle. Dzwoniłam w kolejnym tygodniu do Teściowej, pytałam, dlaczego dla nas czasu nie znalazła (przecież do Córki to prawie codziennie lata, a Ona mieszka niedaleko nas), to powiedziała, że „ona też musi trochę odpocząć od dzieci, mieć czas tylko dla samej siebie”- no to pomyślałam, że dam Jej teraz dużo czasu na „czas dla samej siebie”. Przykro mi było z powodu Jej szczerości, mogła powiedzieć, że źle się czuła, ale żeby godziny w tygodniu dla Irenki nie znaleźć z powodu „czasu dla samej siebie”?- to po co obiecywała, mówiłam, żeby nie obiecywała, bo nie przyjdzie, ale Irence nadal obiecywała. A takie dziecko chłonie jak gąbka, dla Irenki teraz wszystko jest „albo albo”, nie ma nic pomiędzy- jak nie wolno przechodzić na czerwonym świetle, to nie wolno i już, nawet gdy nic nie jedzie na przejściu tramwajowym. Jak Babcia obiecała, a nie przyszła i nie zadzwoniła- to Babcia kłamie. I już. Dziecko niereformowalne…

A przegadać Jej teraz nie da się czasem, gada cały dzień, jak nakręcona, buzia się nie zamyka od  rana do wieczora w weekend…